Szumi…

Przywiało mi zapach reinkarnacji świata… I Jesieni i Zimy brakuje…

Z szuflady…i z serca :

“Ota

Były to czasy ponure, pogrążone w nieustępliwych ciemnościach. Lecz
wydarzeń tamtych dni nie pokrył jeszcze pył historii, nie pochłonęło
zapomnienie. Minął czas zbyt krótki, bym mógł sobie w spokoju sumienia
powiedzieć: „to już przeszłość”. Gdy pojawiają się chwile niebezpiecznej
samotności i mimo woli moje myśli błądzą w przestrzeniach wielu
zapamiętanych zdarzeń niczym podnieceni turyści pragnący, nie tracąc nawet
sekundy, zobaczyć każdy szczegół odwiedzanego miejsca, powracają do mnie
obrazy, od których nie sposób się uwolnić. I choć wiedziałem, że jest we
mnie jeszcze wiele smutku nierozelwalnie złączonego z tamtymi wydarzeniami,
każdy moment, kiedy wspomnienia wyłaniały się z mojej pamięci, był dla
mnie prawie tak słodkim jak cukier rytuałem, który sprawiał, że
chociaż przez kilka minut czułem ciepło…ciepło wędrujące od serca do oczu i
ust. Chyba męska duma tylko była przeszkodą, bym pozwolił sobie na takie
chwile słabości…płacz…histeria…rosnący gniew…furia…żal… Mój
wewnętrzny kodeks, którego starałem się być żarliwym wyznawcą, nie
przewidywał takich ucieczek w emocje. Uchodziłem, jeśli nie za twardziela to
przynajmniej za faceta z zasadami. Dziwnego, co prawda, ale uczciwego.
Wszystko jednak zniknęło nagle, jak pisane pieczołowicie przez pierwszaka
wypracowanie pod perlistą plamą rozlanego przypadkiem atramentu. Nie trudno się
domyśleć, że w takich sytuacjach wszystko trzeba zaczynać od początku.
Brakowało mi wiary, przede wszystkim w ludzi, a mimo to podjąłem wyzwanie
rzucone mi przez los. Gdyby Ona o tym wiedziała…Na pewno byłaby
wdzięczna i szczęśliwa. Ale jedyne co mi po niej zostało to nikłe światełko
znicza, zapalanego co noc w obecności niemych i chłodnych płyt nagrobkowych.
Niczego więc nie mogę być pewien, choć pragnę tej pewności z całego
serca. Widocznie czas jeszcze nie nadszedł. Trzeba poczekać… Ale ile
jeszcze…? Tego nieprędko się dowiem.

Odstawiłem na bok pustą filiżankę po kawie, czując jak ostatnie jej
krople delikatnie rozgrzewają moje obolałe gardło. Zamknąłem kalendarz,
któremu poświęciłem dzisiaj wiele czasu, zaglądając do notatek sprzed
wielu dni, a nawet miesięcy. Omotałem się szczelniej kocem i gasząc lampę na
biurku, wstałem. Rzuciłem puste spojrzenie w stronę okna. Było
późno…Gęstniejąca mgławica, wirujących szaleńczo w powietrzu płatków
śniegu połyskiwała w ciemności. W takich  chwilach mam wrażenie, że jestem
zupełnie sam, a wszelkie życie, gdzieś tam poza zasięgiem mojego wzroku,
pogrążone jest w niekończącej się zimowej nocy, jak w bajkowym śnie. Być
może to dziwne, ale taka samotność wydała mi się absolutnie bezpieczna.
I gdyby nie choroba, która trzymała mnie od kilku dni w zamknięciu, dawno
bym już opuścił ciepły pokój i spacerował wśród tej zamieci. Jednak
dzisiaj nie pozostało mi nic innego jak patrzeć…i marzyć. Chciałbym Ją
znów ujrzeć – tak jak zawsze…z daleka…

Czasami trzeba pochylić głowę i uklęknąć. Gdy przychodzi nam wybierać
między własnym honorem, a często upokarzającą walką o zaufanie
drugiego człowieka, cofamy się przed podjęciem decyzji. Co nami kieruje?
Strach…? Brak wiary…? Wiara w ludzi to niebezpieczna filantropia, piękna i
ulotna jak baśń w umyśle dziecka. Co mi pozostało gdy zawiodłem? Czym mogę
wypełnić pustkę jeśli usunąłem się w cień i ukryłem moje nadzieje nie
w tym sercu, którego pragnąłem? Czekam na cud…światło, które powie
mi gdzie mam iść…

Tę noc pragnąłem poświęcić Jej. Przedzierając się przez targane
wiatrem zasłony śnieżycy, mijałem puste ulice, złocące się w świetle
latarni domy, pogrążone w letargu samotne drzewa, pokryte białym puchem.
Gdzieś w oddali z ciemności wyłaniała się potężna sylwetka kościoła
zakonu Mariawitów. Zapaliłem papierosa i ruszyłem w kierunku schodów
prowadzących na przystań. Gdy wydostałem się na otwarta przestrzeń, ujrzałem
majaczącą w oddali ledwo widoczną linię brzegu. Przystanąłem przy
zardzewiałej barierce, wpatrując się w nieruchome wody rzeki. Wiedziałem, że nie
przyszedłem na próżno. Moje serce powoli zaczęło przyspieszać swój
rytm, a wiatr wzbierał na sile. Za każdym razem działo się tak, gdy Ona
się zbliżała. A może to tylko piękny obraz utkany z moich fantazji?
Niewiele rzeczy zdawało się być realne w takich chwilach. Spojrzałem w tę samą
stronę co zazwyczaj…na wschód. Stała tam…jakby malowane kolorami
zachodzącego słońca, czerwone włosy tańczyły na wietrze, przeplatając się
z płatkami śniegu, a czarna suknia falowała nieznacznie, przybierając
kształt odwróconego kielicha. Głowę miała opuszczoną jakby wpatrywała
się w coś leżącego u jej stóp. Tej nocy mija miesiąc od Naszego
pierwszego spotkania. Z coraz to większą siłą kiełkuje we mnie przekonanie, że
to Ona mnie wezwała, przyprowadziła tutaj. Przychodzę w to miejsce tylko po
to, by ujrzeć ten sam zagadkowy widok, ciesząc się nim szczerze. Za
każdym razem moje serce wypełnia się pewnością, że dotykam czegoś
niepojętego, świętego. Wielokrotnie obiecywałem sobie, że podejdę do Niej,
zapytam kim jest, czemu tu przychodzi…Jednak moje zdecydowanie gasło
natychmiast, gdy patrzyłem na Nią, starając się uchwycić każdy najmniejszy
szczegół, który mógłby mi pomóc odpowiedzieć na  rosnące w siłę pytania.
Przyszedł niespodziewanie smutek. Poczułem go z tak nie bywałą siłą, że
ledwo pohamowałem się od łez, napływających do oczu. Było mi
wstyd…tak bardzo, że odwróciłem się w obawie, że Ona dostrzeże moją nagłą
słabość. Gdy jednak udało mi się nad sobą zapanować, zdarzyło się
coś czego się zupełnie nie spodziewałem. Poczułem drobną dłoń na prawym
ramieniu. Smutek ustąpił miejsca radości, lecz pojawił się też strach.
Usłyszałem słowa wypowiedziane czystym, ciepłym głosem: „Mam na imię
Ota… nie wszystko jest jednak takie jak widzisz.. czasami trzeba odwrócić
znaczenia…”. Odwróciłem się powoli…Zobaczyłem tylko zasypaną
śniegiem przystań.

Obudziłem się gdy już zmierzchało. Musiałem spać bardzo długo.
Sięgnąłem po papierosa. Usiadłem przy biurku, próbując pozbyć się uczucia
zmęczenia. Strzepując popiół do popielniczki, spojrzałem bezwiednie na
kartkę leżącą obok. Chwilę potem mój wzrok przesunął się na symbol
narysowany ołówkiem. Od kilku dni zastanawiam się cóż może oznaczać te
sześć poziomych linii, które przyśniły mi się kilka nocy wcześniej. Pod
symbolem widniał napis „Ota”. To Jej imię… Po raz kolejny
przypomniałem sobie wtorkową noc, przystań, nagły smutek i Jej dłoń na moim
ramieniu. I słowa, które chyba były wskazówką: „…nie wszystko jest jednak
takie jak widzisz…czasami trzeba odwrócić znaczenia…”. Wyciągnąłem
zapas czystych kartek, wziąłem do ręki długopis i patrząc na tajemnicze
linie oraz Jej imię napisane pod spodem, nakreśliłem pierwszy wyraz jaki
przyszedł mi do głowy…”Tao”.

Za każdym razem gdy ktoś pyta mnie, czy wierzę w Boga jako nadrzędną
Istotę, która wprawiła Świat w ruch, odpowiadam po prostu: „Nie”.
Czekam potem cierpliwie aż święte oburzenie mojego adwersarza minie. Gdy
pytają mnie czy zastanawiam się czasami jaki jest sens Naszego istnienia, kto Nas
stworzył, czy nadal istnieje owo Źródło Stworzenia, również
odpowiadam: „Nie”. Znam ludzi poświęcających całe życie dochodzeniu do prawdy,
szukaniu odpowiedzi na powyższe pytania. Są też tacy, którzy próbowali,
ale zwątpili, nie starczyło im sił, i rzucili się w wir zdarzeń,
żyjąc z dnia na dzień, tracąc tedy zaufanie we własną duchowość. Nie
sztuką jest błądzenie w przypuszczeniach, szukanie po omacku odpowiedzi, które
są poza zasięgiem ludzkiej umysłowości. Sztuką jest dogłębne wejrzenie
w naturę otaczającego Nas świata, uświadomienie sobie zespolenia tego co
wewnętrzne z tym co zewnętrzne, staranie się o zachowanie harmonii we
wszystkich działaniach, by żyć szczęśliwie i godnie. Istotna zatem jest
uczciwość emocjonalna i duchowa wobec innych. Czasami jednak czynienie przeze
Mnie dobra nie jest tożsame z tym jak odbierają to Moi bliscy. Cnotą jest
cierpliwość, umiejętność czekania, wypatrywania momentu, w którym wolno
Mi spełnić Moją wrodzoną powinność dawania. Lecz nie powinienem dawać
w nadmiarze. Smutek ogarnia szlachetnego człowieka, gdy daje, a nie
dostaje. Smutek przeradza się w cierpienie, a to co wewnątrz staje się na
zewnątrz. Przychodzi złudne zapomnienie…

Gdy uświadomiłem sobie co właśnie napisałem, ogarnęło mnie
zdziwienie. Byłem prawie pewny, że słyszałem już kiedyś ten wyraz. Usiłując
się skupić i wygrzebać z pamięci choćby najdrobniejsze powiązania z
widniejącym na kartce słowem, mój rozkojarzony wzrok padł na stojący w głębi
pokoju regał wypełniony książkami. Uśmiechnąłem się do siebie z
politowaniem. Przecież to takie proste…Wstałem i podszedłem do mojej
niewielkiej biblioteki. Przesuwając dłoń po grzbietach książek, znalazłem
odpowiednią na samym skraju półki. Wpatrywałem się w tytuł widniejący na
zakurzonej obwolucie. Nawet nie zajrzałem do środka. Już
wiedziałem…Spojrzałem z obawą na zegarek. 17:00… Jeszcze zdążę…

Ogromne rzeźbione drzwi biblioteki zaskrzypiały przeciągle. Mijając
marmurowe, bijące chłodem i wilgocią kolumny skierowałem się do czytelni.
Gdy ją opuściłem po około pół godzinie, wiedziałem, że jestem blisko
czegoś, kogoś…ale brakowało ostatniego ogniwa, które połączyłoby
wszyskie elementy w całość. W mojej głowie brzmiały słowa, których nie do
końca się spodziewałem, ale zaczynałem rozumieć, mimo że gdzieś
głęboko tliło się niedowierzanie. Wyszedłem na zewnątrz. Było już ciemno.
Pojawił się śnieg po raz pierwszy od tygodnia. Przystanąłem, wpatrując
się w granatowe niebo przecinane spadającymi płatkami. Czas na kolejne
spotkanie…

Stanąłem przy barierce i wpatrując się w ciemność, walczyłem z
niepewnością. Zbyt wiele spraw wokół Niej było niejasnych, jakby wyrwanych
prosto ze snu. Jednak skoro zaszedłem tak daleko, nie widziałem innego
wyjścia jak zagłębić się w tę tajemnicę i dochodzić jej sensu,
przeczuwając, że właśnie teraz nic nie dzieje się bez przyczyny; że właśnie Ona
jest odpowiedzią na skrywane pytania…muszę tylko cierpliwie czekać…
Mijały minuty…Rozejrzałem się nerwowo. Nigdzie jej nie było. Zaczynałem
się niepokoić. Może sobie wszystko wymyśliłem? A jednak…było coś, co
nie pozwoliło mi do końca zwątpić – symbol sześciu poziomych,
równoległych do siebie linii, które według starożytnej wyroczni oznaczały Niebo,
ukryte pragnienia tworzenia, zwiastun nieodkrytych sił twórczych, dążenia
przeciwieństw do jedności. Jakiej jednak jedności mam szukać? Gdzie jest
to światło, które wskaże mi kierunek?

Spójrz czasami w niebo. Zatrzymaj się. Zamknij oczy. Przekonaj się ile
może dla Ciebie taka chwila znaczyć, jakie emocje w Tobie wywołuje. To jest
odpowiedź…

Pojawiła się na szczycie schodów, prowadzących na przystań. Zaskoczyło
mnie to zupełnie. Bez wątpienia patrzyła w moją stronę. Porzuciłem
jednak niepewność i strach. Przyszedł czas na odpowiedzi. Idąc powoli w
górę, starałem się zapamiętać każdą upływającą sekundę. W lewej
dłoni ściskałem kartkę z narysowanym symbolem. Sam nie wiem kiedy wyjąłem
ją z kieszeni. Gdy pokonałem ostatni schodek i stanąłem, by odetchnąć,
poczułem na sobie czyjś wzrok. Po prawej, na wschodzie znajdowała się brama
prowadząca na cmentarz. Tuż obok stała Ona. Uśmiechała się.
Podszedłem bliżej. Zacząłem dostrzegać rysy jej twarzy. Nie wiem skąd pojawiło
się w mojej głowie pytanie, które musiałem powiedzieć na głos, bo
usłyszałem ten sam ciepły głos: ”Nie. Koniec jest początkiem. Nową
nadzieją. Nie przestawaj szukać, a znajdziesz. Lecz nie szukaj za daleko…każda
odpowiedź jest w zasięgu ręki.” Zamknąłem oczy…

Otaczająca mnie ciemność powoli, jakby nieśmiało przebarwiła się w
przygaszoną czerwień. Poczułem jak coś miękkiego i ciepłego delikatnie
muska moją twarz. Uniosłem powieki. Zobaczyłem jakby malowane kolorami
zachodzącego słońca czerwone włosy, spływające po mojej twarzy. Usłyszałem
cichy miarowy oddech, przywracający mi nadzieję. Czerwone włosy uniosły
się odsłaniając mi widok na czyste błękitne niebo. Pojawiły się szare
oczy. I uśmiech…ten sam…a z nim światło, tak przejrzyste i silne, że
musiałem przymknąć oczy…

Obudziłem się o tej samej porze co zwykle. Sięgnąłem po papierosa.
Usiadłem przy biurku. Przetarłem nerwowym gestem oczy i spojrzałem w
kalendarz. Dziś rocznica. Kilka minut potem szedłem zasypaną śniegiem pustą
ulicą, minąłem kościół zakonu Mariawitów, rzuciłem tylko krótkie
spojrzenie na majaczącą w dole linię brzegu rzeki i dotarłem do bramy cmentarza.
Klucząc wśród grobów, odnalazłem wreszcie miejsce do którego
zmierzałem. Sięgnąłem do kieszeni po zapałki i niewielki znicz. Podpaliłem knot i
ustawiłem lampkę na samym środku lodowatej płyty. Utkwiłem pusty wzrok
w migoczących złotych literach. Nie każdy koniec jest początkiem… Nie
dla mnie.”

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.